czwartek, 23 października 2014

#5

 Kiedy się rano obudziłam, mój brat był już poza hotelem, więc musiałam sama ogarnąć jakieś śniadanko. Szału raczej nie było, co najwyżej jakieś tam chrupkie pieczywo i serek topiony, wszystko przywiezione z Polski.
 Chwilowo jednak ważniejsze było to, że miałam zatrważająco mały wybór jeśli chodzi o to, w co się ubrać. Oczywiście mogłam ruszyć na podbój Koreły w samej spódniczce i staniku, ale jakoś... nie miałam na to specjalnej ochoty.
 Ostatecznie założyłam sukienkę, a do tego jedną z kilku par balerin, które ze sobą przywiozłam w tej "ocalałej" walizce. Dla dopełnienia efektu jeszcze lekki makijaż, rozpuszczone włosy, jakaś niewielka torebka i już mogłam wychodzić. Raczej letni strój, ale ostatecznie był przecież lipiec.
 Pojechałam oczywiście taksówką. Stwierdziłam, że na początku wolę raczej nie ryzykować zgubienia się w seulskim metrze, tym bardziej, że co do metra to miałam raczej skromne doświadczenia. I to tylko z warszawskiej Najkrótszej Linii Metra Na Świecie.
 Całe szczęście, że taksówkarz mówił po angielsku, bo inaczej chyba musiałabym rozmawiać z nim w języku migowym i to w dodatku w tym w polskiej wersji. Ale wystarczyło parę zdań, żeby ogarnął, że chcę dostać się do najbliższej galerii handlowej.
 Już jakiś 15, może 20 minut później byliśmy na miejscu. Zapłaciłam za taksówkę i pomaszerowałam w stronę głównego wejścia.
 Najwidoczniej koreańskie centra handlowe nie różniły się zbytnio od tych polskich, bo bez problemu odnalazłam sklepy, na których mi zależało.
 Kolejne dwie godziny spędziłam przymierzając i kupując sporo ubrań, których najbardziej mi brakowało. W pewnym momencie byłam nawet skłonna stwierdzić, że może nawet dobrze się stało, że tamta walizka nie dotarła do Seulu ze mną, bo mojej szafie chyba przyda się takie "odświeżenie".
 Mimo wszystko człowiek podczas takich dużych zakupów praktycznie zawsze w pewnym momencie robi się głodny. Ja z całą pewnością nie byłam wyjątkiem od tej reguły. Pewnie dlatego, obładowana torbami z ubraniami poszłam w kierunku tej części galerii, gdzie znajdowały się restauracje.
 Parę minut później stałam już w kolejce w jednej z ogólnoświatowych chyba kawiarni z zamiarem napicia się chociaż jakiejś kawy. Właśniej poprawiałam zsuwającą mi się z ramienia torebkę, kiedy zauważyłam brak mojej ulubionej bransoletki. Lubiłam ją, bo pasowała mi do wielu ubrań i nawet ładnie układała się na ręku. Rozejrzałam się dookoła z nadzieją, że zauważę ją gdzieś na podłodze, samotną i porzuconą. Nie zdążyłam jednak nawet zajrzeć pod najbliższy stolik (mądra ja), bo w moją stronę wyciągnęła się czyjaś ręka, trzymająca zgubę. Usłyszałam też parę słów po koreańsku, których oczywiście nie zrozumiałam.
 Widząc brak reakcji z mojej strony, istota odezwała się ponownie, tym razem po angielsku:
 - Tego szukasz?
 - Tak... Dziękuję - uśmiechnęłam się lekko, biorąc bransoletkę. Obejrzałam łańcuszek: nie był zerwany, więc po prostu się odpięła. Wyciągnęłam spowrotem rękę z bransoletką w stronę chłopaka. - Zapniesz?
 Pokiwał tylko głową i ze sporą wprawą uporał się z bransoletką.
 - Jesteś tą osobą, którą myślę, że jesteś? - spytałam nieco zawile po dłuższej chwili ciszy.
 - Nie wiem... - udał, że się zastanawia. - Może dla pewności się przedstawię. Jestem Kim JongHyun, ale chyba większość osób zna mnie raczej jako...
 - Junior Royal - przerwałam mu. - JR. Wiem. Jak mogłabym nie wiedzieć? A tak swoją drogą to raczej dziwne miejsce... - zaczerwieniłam się nieco. - To znaczy miałam na myśli, że to raczej ostatnie miejsce, w którym spodziewałabym się ciebie spotkać.
 - Umówiłem się tu z kimś - wyjaśnił szybko nagle nieco zakłopotany JR.
 - Jasne - kiwnęłam głową. - To może ja sobie pójdę...
 Nie zdążyła nawet dokończyć zdania, bo podbiegła do nas pewna istota, z radosnym okrzykiem "JONGHYUN!~". Biegła akurat z takiej strony, że JR jej nie widział, a kiedy była już tuż za jego plecam, zakryła mu oczy dłońmi z perfekcyjnie pomalowanymi na czarno paznokciami, mówiąc coś szybko po koreańsku.
 Początkowo myślałam, że to wyjątkowo śliczna Azjatka z pofarbowanymi na jasny blond włosami, ale po chwili doszłam do wniosku, że jednak nie. Kolejna osoba, którą bardzo dobrze znałam, chociaż ona o tym nie wiedziała.
 Ren.
 Zorientowałam się, że coś jest nie tak w momencie, kiedy między chłopakami zapadła martwa cisza. Renio akurat mierzył mnie spojrzeniem w stylu "czy ja wam może nie przeszkadzam?". JR powiedział coś do niego uspokajającym tonem, a on najwyraźniej mu uwierzył, bo jego spojrzenie przestało być wrogie i oskarżające. Powiem więcej - nawet lekko się uśmiechnął.
 - Choi MinKi - przedstawił się młodszy.
 Teraz uświadomiłam sobie, że ja nadal nie przedstawiłam się nawet JRowi. Wypadało to nadrobić. Udało mi się wypowiedzieć nawet w miarę składnie.
 - To może ja jednak nie będę przeszkadzać... - dodałam po chwili.
 - Nie przeszkadzasz! - zaprotestowali niemal idealnym chórem.
 - Może usiądziemy tu gdzieś razem i coś zjemy albo wypijemy? - zaproponował tym razem indywidualnie lider.
 - A z jakiej to okazji spotyka mnie taki zaszczyt? - droczyłam się jeszcze, chociaż właściwie byłam coraz bliższa wyrażenia zgody.
 - A z takiej, że się na nas nie rzuciłaś, jak by to pewnie zrobiła spora część fanek, szczególnie tych spoza Korei - wyjaśnił bardzo poważnie Renio.
 - Wszyscy kochają Rena - mruknęłam do siebie, tym razem po polsku.
 - Co mówisz? - zdziwił się Renik. Prawdopodobnie zaintrygowało go to, że usłyszał własne imię sceniczne.
 - Nic nic - odpowiedziałam szybko. - Tak się tylko zastanawiałam, czy się zgodzić czy nie.
 - No to już właśnie podjęłaś decyzję - poinformował mnie JongHyun. - Gdzie siadamy?
 - Proponuję tam - maknae wziął mnie pod rękę, drugą łapką złapał dłoń JRa i pociągnął nas w stronę nieco bardziej odosobnionego kąta.
 - Czyli właściwie nie daliście mi wyboru - odezwałam się nieco zrezygnowana.
 - No nie. Ale my jesteśmy okrutni, nie, MinKi? - zaśmiał się JongHyun.
 - Niczym koreańska mafia - zawtórował mu Ren. - To co pijemy? - zmienił nagle temat.
 Zrobiło się cicho. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
 - No decydujcie się! - poganiał nas JR. Oczywiście pewnie on sam nadal nie miał pojęcia, co chce. - Dzisiaj ja płacę - dodał, żeby nas zmotywować.
 Renio, który siedział niemal przytulony ramieniem do JRa, teraz gwałtownie od niego odskoczył.
 - Kim jesteś i co zrobiłeś z moim JongHyunem?! - wydarł się na całe restauracje. Sporo osób sie na nas dziwnie spojrzało.
 - Hę? - zdziwiłam się. No bo reakcja Rena była chyba jednak nieco... zastanawiająca.
 - Tak właściwie to my chyba zawsze się kłócimy, kto zapłaci - wyjaśnił JR. - I to niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwójkę, czy całym zespołem. Ale dzisiaj mam dobry humor, bo... będzie padał deszcz.
 Faktycznie, zachmurzyło się.
 - Aha... Powiedzmy, że to normalne... - przyjrzałam mu się uważnie.
 - Chciałabyś być chmurą? - wypalił nagle brunet.
 - Poważnie pytasz? - ten chłopak coraz bardziej mnie zaskakiwał.
 - Tak - odpowiedział, jakby to było jego codzienne zajęcie: pytanie nowo poznanych osób, czy chciałyby być chmurami. - To chciałabyś?
 - Hyung, nie męcz jej - zaoponował młodszy. - Nie każdy musi odpowiadać na twoje filozoficzne pytania.
 - No tak, ty też nie odpowiedziałeś - naburmuszył się JongHyun.
 - Chyba bym nie chciała - uśmiechnęłam się do niego. - Bo wtedy już zupełnie nie miałabym nad sobą kontroli. Znaczy, chmury nie lecą sobie przecież tam, gdzie chcą. To niezależne od nich, prawda?
 - Powiedzmy, że część dziwnych pytań mamy już za sobą - wtrącił się Ren. - Ja na przykład mam teraz ochotę na jakąś kawę z karmelem i bitą śmietaną - aż mu się zaświeciły oczy.
 - Skoro nalegacie, to ja w sumie też - zgodziłam się.
 - To w takim razie będą trzy kawy z karmelem i bitą śmietaną - podsumował JR.
 Kilkanaście minut później każde z nas piło już swój napój. Przyznam, że całkiem nieźle nam się gadało, biorąc pod uwagę, że na ogół miałam problemy z prowadzeniem konwersacji z nowo poznanymi osobami. Choć z drugiej strony tak bardzo "nowi" to oni znowu nie byli.
 Kiedy kubki po kawie stały już puste, a nawet już zupełnie zimne, bez śladu wspomnienia po zawartości, Ren zainteresował się moimi planami na popołudnie. Wyjawiłam im straszliwą tajemnicę, że właściwie to nigdzie mi się nie spieszy.
 - W takim razie może pojechałabyś z nami - zaproponował JongHyun. - Poznasz resztę... - kusił.
 Cóż, nie wypadało się nie zgodzić, prawda?



***********************************************************************************
Dłuższe wyszło tym razem, ale...
Żadnych komentarzy ostatnio nie było, nic... Naprawdę nikt tego nie czyta? To po co ja tak właściwie to piszę???
Choć może teraz kiedy pojawili się Nu'eści uda mi się trochę ożywić akcję. I przy okazji zmotywować Was do komentowania. ;)

piątek, 17 października 2014

#4

 Całe dwie i pół godziny lotu do Monachium spędziłam wyglądając przez okno i słuchając na zmianę NU'EST i SHINee. Natomiast w Niemczech, jak to w Niemczech, wszystko poszło bardzo szybko i sprawnie. Po prostu specjalnym busikiem przewieźli nas z jednego samolotu do drugiego, bagaże pojechały oddzielnie, a w międzyczasie dosiedli się jeszcze jacyś dodatkowi pasażerowie.
 I polecieliśmy dalej, tym razem już prościutko do Korei.
 Sporą część lotu zwyczajnie przespałam. A całą resztę (jakoś przytłaczająco dużo to tego jednak nie było) spędziłam albo coś tam czytając, albo słuchając kejpopów, ewentualnie jeszcze rozmawiając z moim bratem.
 Czyli że te kilka godzin minęło mi raczej dosyć szybko.
 A potem nagle rozległ się płynący z głośników głos, że "prosimy o zapięcie pasów, bo samolot rozpoczyna podchodzenie do lądowania". No i jeszcze kilka rutynowych informacji w stylu lokalny czas, temperatura na zewnątrz itp.
 Wylądowaliśmy bez żadnych problemów i już wkrótce staliśmy na seulskim lotnisku w tłumie oczekującym na odbiór swojego bagażu.
 Bez problemu zlokalizowałam jedną z moich walizek, a także bagaż mojego brata. Zaczęło robić się nieciekawie w momencie, gdy niemal wszyscy podróżni już sobie poszli, a ja nadal nie miałam swojej drugiej walizy. Co gorsza, nic nie wskazywało na to, że nagle się ona zmaterializuje.
 Już zamierzałam iść do któregoś z pracowników lotniska z awanturą, kiedy zadzwonił mój telefon.
 - Dzień dobry, nazywam się... - odezwał się jakiś męski głos. Przedstawił się krótko, po czym kontynuował. - Nareszcie się do pani dodzwoniliśmy.
 - A mogę wiedzieć w jakiej sprawie? - zniecierpliwiłam się jego durnym wstępem.
 - Ja dzwonię z łódzkiego lotniska Lublinek. Chciałbym z wielką przykrością panią poinformować, że pani bagaż został niestety u nas. To oczywiście nasza wina, ale na swoje usprawiedliwienie mamy zamieszanie, które panowało dziś na lotnisku.
 Ja nie zauważyłam tam żadnego zamieszania, ale co to teraz dało?
 - Co zamierzacie z tym zrobić? - zapytałam rzeczowo. Miałam ochotę ostro na faceta nawrzeszczeć, ale ostatecznie powstrzymałam się.
 - Możemy przechować pani bagaż do czasu pani powrotu - odpowiedział. Rozwiązanie równie bezsensowne jak każde inne w tej sytuacji.
 - A jeżeli ja nie zamierzam wracać? - dobiłam go.
 Biednego chłopaka wyraźnie zatkało.
 - Można oczywiście wysłać pani walizkę pocztą, ale biorąc pod uwagę cel pani podróży to będzie drogo kosztować... - wymyślił szybko.
 No tak. Nie ma sensu liczyć nawet na tak błahą rzecz jak pokrycie kosztu przesyłki. Witamy w Polsce.
 - To nie będzie konieczne. Moi rodzice odbiorą jutro tę nieszczęsną walizkę - pozbawiłam go kłopotu.
 - Dobrze - ustaliliśmy, na jakiej podstawie zostanie odebrany mój bagaż , po czym chłopak powiedział - Jeszcze raz przepraszamy za kłopot - i czym prędzej się rozłączył.
 - Wal się - mruknęłam jeszcze do przerywanego sygnału rozlegającego się w telefonie.
 - Co się stało? - mój brat podszedł do mnie z nieco niewyraźną miną.
 - Nic, poza tym, że moja walizka została w Łodzi i teraz czeka mnie mały maraton po sklepach. Chociaż to drugie to raczej chyba niezła wiadomość - odparłam, nadal nieco zirytowana.
 - Ale poczekamy z tym do rana? - zaniepokoił się. No tak, według koreańskiego czasu była czwarta nad ranem.
 - Jasne - potwierdziłam.
 - Chociaż o jedenastej tutejszego czasu mam już umówione spotkanie - przypomniał sobie mój brat. - To może po południu?
 - Myślę, że sama sobie poradzę. Przynajmniej częściowo - uspokoiłam go, bo wizja chodzenia po sklepach wyraźnie niezbyt mu się podobała.
 - Jesteś pewna?
 - Yhym - pokiwałam głową. - Jest szansa, że się nie zgubię. A teraz możemy jechać już do hotelu? Wypadałoby jednak trochę pospać.
 Załadowaliśmy się do taksówki i pojechaliśmy pod wskazany przez mojego brata adres.
 Hotel, w którym mieliśmy mieszkać, prezentował się całkiem nieźle. Z racji późnej (albo wyjątkowo wczesnej, zależy jak na to spojrzeć) pory w recepcji siedziała tylko nieco zaspana Azjatka w wieku około 35 lat. Bez zbędnych komentarzy wręczyła nam klucze do pokoi, po czym wróciła do swojego dotychczasowego zajęcia, czyli do przysypiania w dużym fotelu w rogu pomieszczenia.
 Powędrowaliśmy na górę. Każde z nas miało oddzielny pokój, jednoosobowy. Tak było po prostu wygodniej.
 Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, gdy tylko znalazłam się sama w swoim pokoju, było otworzenie walizki i sprawdzenie, jakie ubrania "ocalały". Okazało się, że mam kilkanaście sukienek, kilka spódniczek, krótkie spodenki i dużo butów. Na szczęście bielizna nie zmieściła mi się do jednej walizki, więc rozłożyłam ją na dwie. Miałam też kosmetyczkę, ale za to piżamy już nie. Wszystkie bluzki, spodnie, reszta bielizny i jeszcze trochę drobiazgów zostało w Polsce.
 Oczywiście poza spodniami i koszulką, w które byłam ubrana.
 Chwilowo grunt, to że miałam kosmetyki. Ogarnęłam się trochę i położyłam się spać, tym razem w samej bieliźnie. Natomiast postanowiłam, że rano (ale bez przesady) wybiorę się na wycieczkę po sklepach Seulu w celu zakupienia piżamy i chociaż paru bluzek.


***********************************************************************************
Po pierwsze chciałam przeprosić za dość długą przerwę między dodawaniem postów, ale ta szkoła mnie kiedyś wykończy.
Pod poprzednim rozdziałem miałam aż dwa komentarze, co na ten moment jest dla mnie sukcesem. Bardzo dziękuję!
Ale to oczywiście nie oznacza, że obrażę się za więcej :*
W następnym rozdziale pojawiają się już główni bohaterowie, więc... Zapraszam do czytania!!!

niedziela, 5 października 2014

#3

 Kilka dni dzielących mnie od wymarzonego wyjazdu upłynęło mi na kompletowaniu mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Chwilami planowałam jeszcze przed wyjazdem poduczyć się koreańskiego, ale ostatecznie zabrakło mi już na to czasu. Cóż, angielski musiał wystarczyć.
 Szczerze mówiąc nie miałam nawet chwili, żeby pochwalić się perspektywą pobytu w Korei moim przyjaciółkom. Bo początkowo emocje chyba były zbyt silne, a potem jakoś tak ciągle zapominałam... Nie o nich oczywiście, tylko raczej o tak banalnej rzeczy jak napisanie smsa. Po prostu ciągle była zajęta czymś innym.
 Może nawet dobrze wyszło, bo w takim razie postanowiłam napisać do nich jak już będę na miejscu, w Seulu. Tak bardzo złośliwa ja.
 W ten pamiętny wtorek rano zostałam wraz z dwoma wypchanymi walizkami odtransportowana na nasze łódzkie lotnisko. Lista mojego bagażu została przed wyjściem z domu sprawdzona co najmniej ze dwadzieścia razy. Teoretycznie ten wyjazd zaplanowany był na dwa tygodnie, powiedzmy na niecałe trzy, ale moja intuicja podpowiadała mi, że to może się nieco przedłużyć. No ale w sumie miałam wolne aż do końca września, więc chyba nie było się czym martwić. Aż tak długo nie zamierzałam balować, a przynajmniej na razie się nad tym nie zastanawiałam.
 Zarówno mama, jak i tata chyba z milion razy powatrzali mi, żebym się nie spodziewała po tym wyjeździe niewiadomo czego. Miałam się nastawić na zwiedzanie Seulu i ewentualne poznawanie kultury kraju, ale nic więcej. Cóż, jeśli chodzi o kulturę i zwyczaje, to to akurat chciałam poznać jak najbardziej dogłębnie, ale tą myślą się z rodzicami nie podzieliłam. Jak również moimi przemyśleniami dotyczącymi metody osiągnięcia tego celu.
 Dobra, przyznaję, większość moich myśli była niewiarygodnie głupia i naiwna, ale co, pomarzyć też już nie wolno?!
 Poza tym mimo wszystko jakimś miłym Koreańczykiem - przewodnikiem bym raczej nie pogardziła. Cóż, coś się wykombinuje.
 Chwilowo jednak nadal czekałam na lotnisku na moment, kiedy wreszcie będziemy mogli wsiąść na pokład samolotu. Wciąż miałam nieodparte wrażenie, że moi rodzice cały czas zupełnie niepotrzebnie denerwują się moim wyjazdem. I to jedno bardziej od drugiego. Całkiem jakby zapomnieli, że przecież od ponad roku jestem dorosła.
 Na szczęście od tej chwili poszło już szybko, bo nareszcie mogliśmy ustawić się w kolejce do tego magicznego rękawa, przez który wchodzi się do samolotu. Sprawnie pożegnałam się z rodzicami, zarzuciłam na ramię torbę, czyli mój bagaż podręczny (cała reszta już dawno poszła do luku bagażowego) i pomaszerowałam za moim bratem w stronę kłębiącego się tłumu.
 Jakieś kilkanaście minut później siedzieliśmy już w samolocie, czekając na start.
 Ostatecznie ruszyliśmy parę minut później, niż było to zaplanowane, ale w sumie różnica była niewielka. W każdym razie moja piękna szara Łódź stopniowo zaczęła maleć i znikać. Chciała myśleć, że właśnie lecę do Seulu, ale to by chyba było za proste. Czekało mnie jeszcze międzylądowanie w Monachium, a tam przesiadka do innego samolotu i dopiero wtedy lot docelowo do Korei.
 Co nie zmienia faktu, że nareszcie tam leciałam!
 W przewodnikach niby pisali, że lot z Polski do Korei Południowej może trwać od ośmiu do nawet dwunastu godzin (a może dwudziestu? nie, to by chyba była lekka przesada). Ale coś mi się zdaje, że nikt nie uwzględnił trasy przez Monachium.
 Czyli że czekało mnie ładnych kilkanaście godzin w powietrzu. A potem - witajcie Azjaci!
 Ale ja jednak jestem głupia! (odrobina samokrytyki nie zaszkodzi)


***********************************************************************************
Dobija mnie to, że nie ma żadnych komentarzy. Rozumiem, że chwilowy brak nu'estów nie zachęca do czytania, ale skoro już tu jesteś, to zostaw coś od siebie, proszę! :*

czwartek, 2 października 2014

#2

 Jak długo może trwać omawianie w kółko tego samego tematu? Nam zajęło to większość przerw aż do końca roku szkolnego. Ale jako że w momencie odwołania koncertu była prawie połowa czerwca, więc ostatecznie wcale nie było to tak długo.
 Każda z nas miała własne plany wakacyjne, więc wyglądało na to, że za  bardzo się w tym czasie nie spotkamy Ja co prawda wybierałam się tylko na działkę, ale za to Anita miała w planach wyjazd do Londynu. Natomiast wyjazd Sandary jak na razie nawet dla niej samej pozostawał wielką niewiadomą. Wiedziała tylko, że rodzice zamierzają ją gdzieś zabrać i że to ma być dla niej "wspaniała niespodzianka".
 W każdym razie jakoś tak się wszystko składało, że nasze plany wakacyjne się wzajemnie wykluczały. Kiedy jedna z nas była na miejscu, to pozostała dwójka jeździła gdzieś po świecie.
 Nie byłam jakoś szczególnie zachwycona perspektywą spędzenia połowy lipca i całego sierpnia na wsi, ale nie bardzo miałam alternatywę. Może i lubiłam tam jeździć, ale to nie zmieniało faktu, że przez większość czasu byłam tam odcięta od źródła mojej energii życiowej. Czyli po prostu od kejpopów.
 Dopóki miałam jeszcze przed sobą perspektywę październikowego koncertu MBLAQ przynajmniej miałam na co czekać i o czym rozmyślać, a tak...
 Kilka dni przed naszym wyjazdem na wieś, wróciwszy do domu zastałam mojego starszego brata z tatą. Oczywiście byli tak zagadani, że nawet mnie nie zauważyli. Akurat zamierzałam zniknąć cicho do mojego pokoju, kiedy (zupełnie niechcący, bo przecież ja NA OGÓŁ nie podsłuchuję) usłyszałam:
 - No a tym razem jadę gdzieś do żółtków. W drugi koniec Azji - to ewidentnie był głos mojego brata.
 - Azjaci nie są żółci! - wparowałam oburzona do pokoju. - A tak w ogóle to cześć wam - dodałam, żeby się jakoś po ludzku przywitać.
 - Cześć. Gdzie byłaś? - zainteresował się tata.
 - W bibliotece - ucięłam krótko. W sumie to częściowo była prawda. - Zdaje się, że mówiliście coś o Azji? - wróciłam do poprzedniego tematu.
 - No tak - odpowiedział mój brat. - Jadę znowu w delegację, ale tym razem nie do Chin. Chciałabyś jechać ze mną? Mogę zabrać jedną osobę towarzyszącą.
 - Serio pytasz? - dobra, powiedzmy że po prostu nie uwierzyłam, że to może być prawda. - To dlaczego nie zabierzesz żony?
 - Nie chce jechać. A ty? Chciałabyś?
 - A gdzie konkretnie jedziesz? - dopytywałam.
 - Do Korei - w tej chwili totalnie zaniemówiłam. - Południowej, bo jeszcze mi życie miłe - dodał, niby taki "żart" i oboje z tatą się roześmiali. - A jeszcze konkretniej to do stolicy, do Seulu.
 - Kiedy? Mam się od razu pakować?
 W ten sposób ustaliliśmy, że wyjeżdżamy we wtorek. Lot miał być z naszego łódzkiego Lublinka, ale za to przez Monachium, żeby nie było za pięknie. Poza tym wszystkie szczegóły typu nocowanie były zarezerwowane i co najważniejsze również opłacane przez firmę mojego brata.
 - Tylko jak mi przywieziesz stamtąd jakiegoś żółtka... - zagroził niby dowcipnie mój tata.
 - O to akurat się nie martw - uśmiechnęłam się do niego słodko. - Nie przywiozę "żółtka", ponieważ KOREAŃCZYCY NIE SĄ ŻÓŁCI!!!
 Tata zaniemówił na chwilę, ale nie zdążył zareagować, bo właśnie w tej chwili rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. To moja mama wróciła z pracy i dobrze się złożyła, bo mogła akurta na bierząco omówić z bratem szczegóły mojego wyjazdu. Tak jak przypuszczałam, nie była jakoś strasznie zachwycona, ale dobrze wiedziała, że ja i tak pojadę.
 Cóż, może to nawet nie była taka niekorzystna wymiana? No bo w końcu wyjazd do Korei zamiast koncertu MBLAQ w Polsce - czego chcieć więcej?


***********************************************************************************
Wybaczcie ewentualne błędy, ale właśnie dotarła do mnie informacja, że NU'EST BĘDZIE MIAŁO KONCERT W WARSZAWIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Więc aktualnie zachowuję się jak debilka i skaczę po całym domu :D
Aha i mogę Wam zdradzić tajemnicę, że nueści pojawią się tutaj dopiero w 5. rozdziale. Do tego czasu nie ma obowiązku czytania :*

środa, 1 października 2014

#1

 - Annyeonghaseyo! Wróciłam! - wydarłam sie, trzaskając drzwiami i rzucając pod ścianę moją szkolną torbę. - Jest coś nowego? - zapytałam, właściwie tylko retorycznie, bo i tak zamierzałam się sama upewnić.
 - Nie wiem. Sprawdź sobie - rozległ się z pokoju głos mojego taty.
 Przewróciłam oczami i poszłam do mojego pokoju. Pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam okno, a następnie włączyłam stojącego na moim biurku laptopa. Oczywiście zanim uruchomił się cały system musiały minąć wieki świetlne. W pewnym momencie z leżącej w przedpokoju torby rozległo się nieco stłumione:
 - Munja wa shong! Munja wa shong!
 Całkowicie zignorowałam przychodzącego smsa. W tej chwili nic nie było ważniejsze od tego, żeby sprawdzić, czy nareszcie są. Tak długo wyczekiwane...
 Bilety na pierwszy podczas europejskiej trasy koncertowej występ MBLAQ.
 Akurat w Polsce, w Warszawie. Coś, co jedni nazywają cudem, a inni zdarzeniem nadnaturalnym. Ja od początku zastanawiałam się, czy to po prostu nie jest zbyt piękne, aby było prawdziwe.
 Komputer w końcu postanowił ożyć, więc włączyłam internety i przez zakładkę w ulubionych weszłam na stronę agencji Azia Events.
 - No łaaaaaduj się... - zaklinałam szeptem nasze nieco niedorozwinięte internety.
 Spodziewając się, że to może trochę potrwać, skoczyłam jeszcz po rzuconą byle jak w kąt torbę, w której nadal znajdował się mój telefon. Błyskawicznie wydobyłam go z bocznej kieszeni i odblokowałam. Okazało się, że dostałam dwie wiadomości, a nie jedną, tak jak myślałam. Jeden sms był od mojej przyjaciółki, Anity, a drugi od Sandary.
 Kątem oka zauważyłam jednak, że strona z bieżącymi informacjami o koncercie blaczków wreszcie się załadowała, uznałam więc, że wiadomości od dziewczyn muszą chwilkę poczekać.
 Szczerze mówiąc myślałam, że znowu zobaczę jakże znienawidzoną już notkę, że "more information coming soon", ale, o dziwo, nie.
 Rzuciłam się w stronę komputera. Szybko (i nawet ze zrozumieniem, w co początkowo nie wierzyłam) przeczytałam zamieszczony na stronie tekst. A potem drugi raz. I trzeci.
 Właściwie mogłam się tego spodziewać. W dużym skrócie: napisali tam, że europejska trasa koncertowa MBLAQ została odwołana bez podania przyczyny.
 Łzy napłynęły mi do oczu, ale to raczej nie był dobry moment na mazanie się. Powód, według niektórych, też kiepski. Moi rodzice, na przykład, pewnie zapytaliby się, czy czasem nie jest mi gorzej.
 Trzeba było poinformować moje dziewczyny. Chwyciłam telefon w rękę, przy okazji przypominając sobie o smsach od nich. Czytnęłam oba, upewniając się, że moje przypuszczenia są słuszne i Anita z Sandarą dowiedziały się o odwołaniu koncertu wcześniej niż ja. Czyli właściwie nie miałam po co do nich dzwonić. Odpisałam tylko coś szybko i poszłam poinformować rodziców.
 Póki co w domu był tylko tata, ale kiedy przekazałam "nowinę" mamie, jak tylko wróciła z pracy, oboje zareagowali podobnie. Że niby "od początku się tego spodziwali" i "nie ma czego żałować, bo może przyjadą kiedy indziej".
 Starsznie mnie wkurzało takie gadanie.
 Na szczęście udało mi się nie zdenerwować jakoś wyjątkowo, może dlatego, że nie ciągnęłam tematu.
 Natomiast w szkole odwołanie koncertu MBLAQ stało się jednym z głównych wątków rozmów. Wszystkie długo czekałyśmy na pierwszy w Polsce kejpopowy koncert i kiedy nasze marzenia już miały się spełnić, wszystko "zostało odwołane bez podania przyczyny".
 Genialnie.


***********************************************************************************
Wiem, rewelacyjnie nie wyszło, ale to tylko początek. Może potem będzie lepiej ;)
Piszcie w komentarzach, jak się Wam podobało i wtedy ocenię, czy jest sens ciągnąć to dalej.

Annyeonghaseyo!

Na początek może wypadałoby się przedstawić. Zatem mam na imię Gabrysia i mam 15 lat. Mam też koreańskie imię i zdarza się (rzadko, bo rzadko, ale jednak), że ludzie mnie nim nazywają, ale o tym może później...
Fanfiki piszę... właściwie od zawsze. Jeszcze zanim wiedziałam, co oznacza to słowo, już pisałam tego typu opowiadania. A że moja wyobraźnia cały czas się rozwija (nie wiem tylko, czy to efekt pozytywny, czy negatywny), więc postanowiłam wreszcie podzielić się moim dziełem z szerszą publicznością. Bo do tej pory pisałam tylko dla najbliższych.
Co do tego fanfika, to pomysł na niego zmieniał mi się kilkakrotnie. Nie mówiąc już o tym, że on właściwie nie jest obmyślany od początku do końca. Bo czy tak w ogóle się da? Nie wydaje mi się. Dlatego gdyby pojawiły się tu jakieś nieścisłości, to bardzo proszę, abyście zwracali mi na nie uwagę, a postaram się wszystkie poprawić.
Początkowo zamierzałam umieścić tu i NU'EST, i MBLAQ, ale ostatecznie się rozmyśliłam...
Wieć może, żeby nie przedłużać...
Życzę miłego czytania! <3
Choi Gabrielle

PS. Proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, bo czasami posty mogą pojawiać się w sporych odstępach czasu. Lojalnie uprzedzam ;)
Aha i nie martwcie się, mój ukochany zespół na 100% się tu pojawi. A że nie w pierwszym rozdziale... Kto by na to zwracał uwagę :*

PS2. Chciałabym na wstępie bardzo podziękować moim wspaniałym Przyjaciółkom, które nieustannie motywują mnie (żeby nie powiedzieć "zmuszają" ;)) do dalszego pisania. Dziewczyny, naprawdę bez Was nie miałoby to sensu! :*