Kilka dni dzielących mnie od wymarzonego wyjazdu upłynęło mi na kompletowaniu mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Chwilami planowałam jeszcze przed wyjazdem poduczyć się koreańskiego, ale ostatecznie zabrakło mi już na to czasu. Cóż, angielski musiał wystarczyć.
Szczerze mówiąc nie miałam nawet chwili, żeby pochwalić się perspektywą pobytu w Korei moim przyjaciółkom. Bo początkowo emocje chyba były zbyt silne, a potem jakoś tak ciągle zapominałam... Nie o nich oczywiście, tylko raczej o tak banalnej rzeczy jak napisanie smsa. Po prostu ciągle była zajęta czymś innym.
Może nawet dobrze wyszło, bo w takim razie postanowiłam napisać do nich jak już będę na miejscu, w Seulu. Tak bardzo złośliwa ja.
W ten pamiętny wtorek rano zostałam wraz z dwoma wypchanymi walizkami odtransportowana na nasze łódzkie lotnisko. Lista mojego bagażu została przed wyjściem z domu sprawdzona co najmniej ze dwadzieścia razy. Teoretycznie ten wyjazd zaplanowany był na dwa tygodnie, powiedzmy na niecałe trzy, ale moja intuicja podpowiadała mi, że to może się nieco przedłużyć. No ale w sumie miałam wolne aż do końca września, więc chyba nie było się czym martwić. Aż tak długo nie zamierzałam balować, a przynajmniej na razie się nad tym nie zastanawiałam.
Zarówno mama, jak i tata chyba z milion razy powatrzali mi, żebym się nie spodziewała po tym wyjeździe niewiadomo czego. Miałam się nastawić na zwiedzanie Seulu i ewentualne poznawanie kultury kraju, ale nic więcej. Cóż, jeśli chodzi o kulturę i zwyczaje, to to akurat chciałam poznać jak najbardziej dogłębnie, ale tą myślą się z rodzicami nie podzieliłam. Jak również moimi przemyśleniami dotyczącymi metody osiągnięcia tego celu.
Dobra, przyznaję, większość moich myśli była niewiarygodnie głupia i naiwna, ale co, pomarzyć też już nie wolno?!
Poza tym mimo wszystko jakimś miłym Koreańczykiem - przewodnikiem bym raczej nie pogardziła. Cóż, coś się wykombinuje.
Chwilowo jednak nadal czekałam na lotnisku na moment, kiedy wreszcie będziemy mogli wsiąść na pokład samolotu. Wciąż miałam nieodparte wrażenie, że moi rodzice cały czas zupełnie niepotrzebnie denerwują się moim wyjazdem. I to jedno bardziej od drugiego. Całkiem jakby zapomnieli, że przecież od ponad roku jestem dorosła.
Na szczęście od tej chwili poszło już szybko, bo nareszcie mogliśmy ustawić się w kolejce do tego magicznego rękawa, przez który wchodzi się do samolotu. Sprawnie pożegnałam się z rodzicami, zarzuciłam na ramię torbę, czyli mój bagaż podręczny (cała reszta już dawno poszła do luku bagażowego) i pomaszerowałam za moim bratem w stronę kłębiącego się tłumu.
Jakieś kilkanaście minut później siedzieliśmy już w samolocie, czekając na start.
Ostatecznie ruszyliśmy parę minut później, niż było to zaplanowane, ale w sumie różnica była niewielka. W każdym razie moja piękna szara Łódź stopniowo zaczęła maleć i znikać. Chciała myśleć, że właśnie lecę do Seulu, ale to by chyba było za proste. Czekało mnie jeszcze międzylądowanie w Monachium, a tam przesiadka do innego samolotu i dopiero wtedy lot docelowo do Korei.
Co nie zmienia faktu, że nareszcie tam leciałam!
W przewodnikach niby pisali, że lot z Polski do Korei Południowej może trwać od ośmiu do nawet dwunastu godzin (a może dwudziestu? nie, to by chyba była lekka przesada). Ale coś mi się zdaje, że nikt nie uwzględnił trasy przez Monachium.
Czyli że czekało mnie ładnych kilkanaście godzin w powietrzu. A potem - witajcie Azjaci!
Ale ja jednak jestem głupia! (odrobina samokrytyki nie zaszkodzi)
***********************************************************************************
Dobija mnie to, że nie ma żadnych komentarzy. Rozumiem, że chwilowy brak nu'estów nie zachęca do czytania, ale skoro już tu jesteś, to zostaw coś od siebie, proszę! :*
Ja tu się produkuję, a ty piszesz, że brak komentarzy? -.-
OdpowiedzUsuńDzięki Unnie~ ._.
Na razie bardzo króciutko wszystko opisane, ale mam nadzieję, że kolejne będą dłuższe :) Jeśli mogę coś zasugerować, to fajnie by było jakbyś dodała obserwowanych :) wygodna opcja i na pewni się przyda :) pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń