środa, 1 października 2014

#1

 - Annyeonghaseyo! Wróciłam! - wydarłam sie, trzaskając drzwiami i rzucając pod ścianę moją szkolną torbę. - Jest coś nowego? - zapytałam, właściwie tylko retorycznie, bo i tak zamierzałam się sama upewnić.
 - Nie wiem. Sprawdź sobie - rozległ się z pokoju głos mojego taty.
 Przewróciłam oczami i poszłam do mojego pokoju. Pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam okno, a następnie włączyłam stojącego na moim biurku laptopa. Oczywiście zanim uruchomił się cały system musiały minąć wieki świetlne. W pewnym momencie z leżącej w przedpokoju torby rozległo się nieco stłumione:
 - Munja wa shong! Munja wa shong!
 Całkowicie zignorowałam przychodzącego smsa. W tej chwili nic nie było ważniejsze od tego, żeby sprawdzić, czy nareszcie są. Tak długo wyczekiwane...
 Bilety na pierwszy podczas europejskiej trasy koncertowej występ MBLAQ.
 Akurat w Polsce, w Warszawie. Coś, co jedni nazywają cudem, a inni zdarzeniem nadnaturalnym. Ja od początku zastanawiałam się, czy to po prostu nie jest zbyt piękne, aby było prawdziwe.
 Komputer w końcu postanowił ożyć, więc włączyłam internety i przez zakładkę w ulubionych weszłam na stronę agencji Azia Events.
 - No łaaaaaduj się... - zaklinałam szeptem nasze nieco niedorozwinięte internety.
 Spodziewając się, że to może trochę potrwać, skoczyłam jeszcz po rzuconą byle jak w kąt torbę, w której nadal znajdował się mój telefon. Błyskawicznie wydobyłam go z bocznej kieszeni i odblokowałam. Okazało się, że dostałam dwie wiadomości, a nie jedną, tak jak myślałam. Jeden sms był od mojej przyjaciółki, Anity, a drugi od Sandary.
 Kątem oka zauważyłam jednak, że strona z bieżącymi informacjami o koncercie blaczków wreszcie się załadowała, uznałam więc, że wiadomości od dziewczyn muszą chwilkę poczekać.
 Szczerze mówiąc myślałam, że znowu zobaczę jakże znienawidzoną już notkę, że "more information coming soon", ale, o dziwo, nie.
 Rzuciłam się w stronę komputera. Szybko (i nawet ze zrozumieniem, w co początkowo nie wierzyłam) przeczytałam zamieszczony na stronie tekst. A potem drugi raz. I trzeci.
 Właściwie mogłam się tego spodziewać. W dużym skrócie: napisali tam, że europejska trasa koncertowa MBLAQ została odwołana bez podania przyczyny.
 Łzy napłynęły mi do oczu, ale to raczej nie był dobry moment na mazanie się. Powód, według niektórych, też kiepski. Moi rodzice, na przykład, pewnie zapytaliby się, czy czasem nie jest mi gorzej.
 Trzeba było poinformować moje dziewczyny. Chwyciłam telefon w rękę, przy okazji przypominając sobie o smsach od nich. Czytnęłam oba, upewniając się, że moje przypuszczenia są słuszne i Anita z Sandarą dowiedziały się o odwołaniu koncertu wcześniej niż ja. Czyli właściwie nie miałam po co do nich dzwonić. Odpisałam tylko coś szybko i poszłam poinformować rodziców.
 Póki co w domu był tylko tata, ale kiedy przekazałam "nowinę" mamie, jak tylko wróciła z pracy, oboje zareagowali podobnie. Że niby "od początku się tego spodziwali" i "nie ma czego żałować, bo może przyjadą kiedy indziej".
 Starsznie mnie wkurzało takie gadanie.
 Na szczęście udało mi się nie zdenerwować jakoś wyjątkowo, może dlatego, że nie ciągnęłam tematu.
 Natomiast w szkole odwołanie koncertu MBLAQ stało się jednym z głównych wątków rozmów. Wszystkie długo czekałyśmy na pierwszy w Polsce kejpopowy koncert i kiedy nasze marzenia już miały się spełnić, wszystko "zostało odwołane bez podania przyczyny".
 Genialnie.


***********************************************************************************
Wiem, rewelacyjnie nie wyszło, ale to tylko początek. Może potem będzie lepiej ;)
Piszcie w komentarzach, jak się Wam podobało i wtedy ocenię, czy jest sens ciągnąć to dalej.

1 komentarz:

  1. Jest sens! Choćbym miała spamić tu dzień w dzień, ale wersja internetowa zawsze na propsie. B)
    Pisz pisz pisz :*

    OdpowiedzUsuń