Całe dwie i pół godziny lotu do Monachium spędziłam wyglądając przez okno i słuchając na zmianę NU'EST i SHINee. Natomiast w Niemczech, jak to w Niemczech, wszystko poszło bardzo szybko i sprawnie. Po prostu specjalnym busikiem przewieźli nas z jednego samolotu do drugiego, bagaże pojechały oddzielnie, a w międzyczasie dosiedli się jeszcze jacyś dodatkowi pasażerowie.
I polecieliśmy dalej, tym razem już prościutko do Korei.
Sporą część lotu zwyczajnie przespałam. A całą resztę (jakoś przytłaczająco dużo to tego jednak nie było) spędziłam albo coś tam czytając, albo słuchając kejpopów, ewentualnie jeszcze rozmawiając z moim bratem.
Czyli że te kilka godzin minęło mi raczej dosyć szybko.
A potem nagle rozległ się płynący z głośników głos, że "prosimy o zapięcie pasów, bo samolot rozpoczyna podchodzenie do lądowania". No i jeszcze kilka rutynowych informacji w stylu lokalny czas, temperatura na zewnątrz itp.
Wylądowaliśmy bez żadnych problemów i już wkrótce staliśmy na seulskim lotnisku w tłumie oczekującym na odbiór swojego bagażu.
Bez problemu zlokalizowałam jedną z moich walizek, a także bagaż mojego brata. Zaczęło robić się nieciekawie w momencie, gdy niemal wszyscy podróżni już sobie poszli, a ja nadal nie miałam swojej drugiej walizy. Co gorsza, nic nie wskazywało na to, że nagle się ona zmaterializuje.
Już zamierzałam iść do któregoś z pracowników lotniska z awanturą, kiedy zadzwonił mój telefon.
- Dzień dobry, nazywam się... - odezwał się jakiś męski głos. Przedstawił się krótko, po czym kontynuował. - Nareszcie się do pani dodzwoniliśmy.
- A mogę wiedzieć w jakiej sprawie? - zniecierpliwiłam się jego durnym wstępem.
- Ja dzwonię z łódzkiego lotniska Lublinek. Chciałbym z wielką przykrością panią poinformować, że pani bagaż został niestety u nas. To oczywiście nasza wina, ale na swoje usprawiedliwienie mamy zamieszanie, które panowało dziś na lotnisku.
Ja nie zauważyłam tam żadnego zamieszania, ale co to teraz dało?
- Co zamierzacie z tym zrobić? - zapytałam rzeczowo. Miałam ochotę ostro na faceta nawrzeszczeć, ale ostatecznie powstrzymałam się.
- Możemy przechować pani bagaż do czasu pani powrotu - odpowiedział. Rozwiązanie równie bezsensowne jak każde inne w tej sytuacji.
- A jeżeli ja nie zamierzam wracać? - dobiłam go.
Biednego chłopaka wyraźnie zatkało.
- Można oczywiście wysłać pani walizkę pocztą, ale biorąc pod uwagę cel pani podróży to będzie drogo kosztować... - wymyślił szybko.
No tak. Nie ma sensu liczyć nawet na tak błahą rzecz jak pokrycie kosztu przesyłki. Witamy w Polsce.
- To nie będzie konieczne. Moi rodzice odbiorą jutro tę nieszczęsną walizkę - pozbawiłam go kłopotu.
- Dobrze - ustaliliśmy, na jakiej podstawie zostanie odebrany mój bagaż , po czym chłopak powiedział - Jeszcze raz przepraszamy za kłopot - i czym prędzej się rozłączył.
- Wal się - mruknęłam jeszcze do przerywanego sygnału rozlegającego się w telefonie.
- Co się stało? - mój brat podszedł do mnie z nieco niewyraźną miną.
- Nic, poza tym, że moja walizka została w Łodzi i teraz czeka mnie mały maraton po sklepach. Chociaż to drugie to raczej chyba niezła wiadomość - odparłam, nadal nieco zirytowana.
- Ale poczekamy z tym do rana? - zaniepokoił się. No tak, według koreańskiego czasu była czwarta nad ranem.
- Jasne - potwierdziłam.
- Chociaż o jedenastej tutejszego czasu mam już umówione spotkanie - przypomniał sobie mój brat. - To może po południu?
- Myślę, że sama sobie poradzę. Przynajmniej częściowo - uspokoiłam go, bo wizja chodzenia po sklepach wyraźnie niezbyt mu się podobała.
- Jesteś pewna?
- Yhym - pokiwałam głową. - Jest szansa, że się nie zgubię. A teraz możemy jechać już do hotelu? Wypadałoby jednak trochę pospać.
Załadowaliśmy się do taksówki i pojechaliśmy pod wskazany przez mojego brata adres.
Hotel, w którym mieliśmy mieszkać, prezentował się całkiem nieźle. Z racji późnej (albo wyjątkowo wczesnej, zależy jak na to spojrzeć) pory w recepcji siedziała tylko nieco zaspana Azjatka w wieku około 35 lat. Bez zbędnych komentarzy wręczyła nam klucze do pokoi, po czym wróciła do swojego dotychczasowego zajęcia, czyli do przysypiania w dużym fotelu w rogu pomieszczenia.
Powędrowaliśmy na górę. Każde z nas miało oddzielny pokój, jednoosobowy. Tak było po prostu wygodniej.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, gdy tylko znalazłam się sama w swoim pokoju, było otworzenie walizki i sprawdzenie, jakie ubrania "ocalały". Okazało się, że mam kilkanaście sukienek, kilka spódniczek, krótkie spodenki i dużo butów. Na szczęście bielizna nie zmieściła mi się do jednej walizki, więc rozłożyłam ją na dwie. Miałam też kosmetyczkę, ale za to piżamy już nie. Wszystkie bluzki, spodnie, reszta bielizny i jeszcze trochę drobiazgów zostało w Polsce.
Oczywiście poza spodniami i koszulką, w które byłam ubrana.
Chwilowo grunt, to że miałam kosmetyki. Ogarnęłam się trochę i położyłam się spać, tym razem w samej bieliźnie. Natomiast postanowiłam, że rano (ale bez przesady) wybiorę się na wycieczkę po sklepach Seulu w celu zakupienia piżamy i chociaż paru bluzek.
***********************************************************************************
Po pierwsze chciałam przeprosić za dość długą przerwę między dodawaniem postów, ale ta szkoła mnie kiedyś wykończy.
Pod poprzednim rozdziałem miałam aż dwa komentarze, co na ten moment jest dla mnie sukcesem. Bardzo dziękuję!
Ale to oczywiście nie oznacza, że obrażę się za więcej :*
W następnym rozdziale pojawiają się już główni bohaterowie, więc... Zapraszam do czytania!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz